Ignacy nie widzi, nie słyszy,nie chodzi. Maurycy tez nie...! Zamykam oczy, zatykam uszy, nieruchomo leżę. Bezruch, cisza, ciemność. Umieram. Maurycy pęka ze śmiechu. Chce, żeby biegać z nim po pokoju. Ignacy wyciąga rękę. Czuje światło. Jest nadzieja. Wstaję. Zmartwychwstaję! / z pamiętnika mamy /
Dzień narodzin Ignasia. Środa trzeci tydzień po urodzeniu Ignasia. Ignacy traci na wadze. Ma piękne czarne włosy. Prześliczne niebiesko - granatowe oczy. Każdy milczy. Mają grobowe miny. Podobno z dzieckiem jest coś nie tak. Nie wiem, co? Zrobiła się strzępkiem nerwów. Co jest nie tak?
Dwa lata po urodzeniu Ignasia. Czerwiec. Ignacy jest chory. Ma chory mózg. Dostaje sterydy. Jest kochany. Dziś bez Ignasia nie wyobrażam sobie życia. Jutro urodzę mu brata. Bardzo chcę, aby miał brata. Żyję w lęku. Co będzie, jak umrę? Kto się zajmie Ignasiem? Może brat?
Pół roku po urodzeniu brata Ignasia, czyli Maurycego. Morisek też jest chory. Ma chory mózg. Ma padaczkę. Podobno nie widzi, nie słyszy, nie będzie chodził, nie będzie się ruszał. Niczego nie będzie. Ignacy, też niczego nie będzie. Straszna ciemność mnie ogarnęła. Jest mi ciągle duszno, ciemno, duszno i ciemno. Czasem zamykam oczy i zatykam sobie uszy. Jak to jest?! Jak to jest?! Nie ruszać się, nie widzieć, nie słyszeć, wszystko na nie? Jak żyć? Czy żyć? Może nie żyć?
Światło, promienie słońca spadają z nieba. Ignacy wyciąga rękę. Daje znak, że czuje światło. Widzi? Wyciąga drugą rękę. Maurycy zamiast rąk używa nóg. Znów boje się, o to co będzie , gdy umrę. Morisek pęka ze śmiechu. Chce, żeby biegać z nim po pokoju. Skakać do góry i tańczyć. Jest cudowny. Rzeczywiście ma rację. Chce się żyć...
To już prawie sześć lat po urodzeniu Moriska i ponad siedem lat po urodzeniu Ignasia. Nie wiem , kiedy jest dzień, a kiedy noc. Mylą mi się godziny, czasy, rzeczywistość zaciera się. Czy to było dziś , czy wczoraj? Ten płacz, krzyk , jęk. Ból, potworny ból. Nie mój, mojego dziecka. Płacze jego mózg. Drugi, w grymasie wykręca się, czy cierpi, jak cierpi ? ..... Taka noc, ciężka noc. O świcie wszystko zasypia. Jeden mózg i drugi mózg- cicho jęczą. Na twarzach chłopców uśmiechy, gotowe do życia oczy. Padam na twarz. Mówię wtedy sobie : jestem twarda, jestem kamieniem, jestem kawałkiem skały. Niedawno nauczyłam się płakać. Łzy jak kamienie kapią. Przychodzi wtedy rzeczywistość. Jest razem ze mną. Wierna przyjaciółka. Do ucha krzyczy! płacz skało, płacz kamieniu, płacz twarda matko! To twoje życie!
Jak rozwiązać sponsora?
Sponsor, jest sponsor! Pomoże, hura, hura! Serce z radości kołacze. Uratowane! Dzieci. Chore. Na jakiś czas jest. Wszystko jest. Ale sponsor liczy. Przelicza.Widać chce jak najlepiej. Tam się targuje, tam znów przelicza. Mówi sam : chcę jak najlepiej dla dzieci. W czym mogę pomóc? Jak dobrze pomóc? Dumnie brzmią słowa. To moja dobra wola. To moja dobra wola. Ja jestem sponsor! Ja. Tak będzie najlepiej. Tak jak ja, albo nic nie dam. Ja wszystko wiem. To jak rozwiązać sponsora?
Oto pomoc
Jest chore dziecko! Hura ! Hura! Akcja publiczna, zbiórka charytatywna. Tam przeliczona, tu przeliczona. Serca się łamią. Ludzie do puszek wrzucają od serca. Wszystko uczciwie rozliczone. Znów przeliczone, czy się zgadza? Wszystko się zgadza. Ma koordynator. Ma pani z zespołu. Ma ten i inny. Chore dziecko też ma, smutne oczy psa. Oto pomoc.
50 złotych
takie skromne przyszło i siedziało cicho na koncie, takie kochane, od serca, nie targowało się, nie miało z czego, siedziało i czekało. Potem przyszło, 0,84 groszy z Tczewa, potem jeszcze 1,56 złotego z Warszawy, grosze ze złotymi grali w procenty, dochodzili kolejni dobrzy i skromni, po kilku miesiącach uzbierała się fajna sumka. Chore dziecko pojechało tu i tam, skorzystało tam i tu.
Bardzo przeżywam to, co przerasta mnie. .....Żebractwo.
Kupa, owinięta szalem śluzu. Męczy moje dzieci podle. Ignaś piszczy, płacze, jęczy , tak kilka dni. Maurycy krzyczy, wyje z bólu i strachu przed wypchnięciem brązowego cacka.Wtedy dla mnie nie ma Boga. Potem wszystko mija. Bóg w nocy przychodzi do dzieci. Przeprasza, że każe im tyle cierpieć. Słyszę , jak tłumaczy, że to po coś. Do mnie nic nie mówi. Ciągle milczy. Ignacy składa rączki i chce się modlić. Zapominamy o kupie. Modlimy się za Ignasia i Maurycego. O zdrowie i szczęście w życiu.
No..już nie słyszę
Opowiedz jak to jest? Proszą przyjaciele i znajomi przyjaciół. Ale co jak jest?-pytam.
Krąży nad nami. Ciągle straszy. Wczoraj udławiła Ignacka. Podła. Odbiera siły. Potem dławi i na koniec dusi. Przyjechała karetka. Ratowała życie. Małe umęczone i wystraszone. Tyle cierpienia w małym ciałku. Wygrało. Nie dało się udusić!
Dzień narodzin Ignasia. Środa trzeci tydzień po urodzeniu Ignasia. Ignacy traci na wadze. Ma piękne czarne włosy. Prześliczne niebiesko - granatowe oczy. Każdy milczy. Mają grobowe miny. Podobno z dzieckiem jest coś nie tak. Nie wiem, co? Zrobiła się strzępkiem nerwów. Co jest nie tak?
Dwa lata po urodzeniu Ignasia. Czerwiec. Ignacy jest chory. Ma chory mózg. Dostaje sterydy. Jest kochany. Dziś bez Ignasia nie wyobrażam sobie życia. Jutro urodzę mu brata. Bardzo chcę, aby miał brata. Żyję w lęku. Co będzie, jak umrę? Kto się zajmie Ignasiem? Może brat?
Pół roku po urodzeniu brata Ignasia, czyli Maurycego. Morisek też jest chory. Ma chory mózg. Ma padaczkę. Podobno nie widzi, nie słyszy, nie będzie chodził, nie będzie się ruszał. Niczego nie będzie. Ignacy, też niczego nie będzie. Straszna ciemność mnie ogarnęła. Jest mi ciągle duszno, ciemno, duszno i ciemno. Czasem zamykam oczy i zatykam sobie uszy. Jak to jest?! Jak to jest?! Nie ruszać się, nie widzieć, nie słyszeć, wszystko na nie? Jak żyć? Czy żyć? Może nie żyć?
Światło, promienie słońca spadają z nieba. Ignacy wyciąga rękę. Daje znak, że czuje światło. Widzi? Wyciąga drugą rękę. Maurycy zamiast rąk używa nóg. Znów boje się, o to co będzie , gdy umrę. Morisek pęka ze śmiechu. Chce, żeby biegać z nim po pokoju. Skakać do góry i tańczyć. Jest cudowny. Rzeczywiście ma rację. Chce się żyć...
To już prawie sześć lat po urodzeniu Moriska i ponad siedem lat po urodzeniu Ignasia. Nie wiem , kiedy jest dzień, a kiedy noc. Mylą mi się godziny, czasy, rzeczywistość zaciera się. Czy to było dziś , czy wczoraj? Ten płacz, krzyk , jęk. Ból, potworny ból. Nie mój, mojego dziecka. Płacze jego mózg. Drugi, w grymasie wykręca się, czy cierpi, jak cierpi ? ..... Taka noc, ciężka noc. O świcie wszystko zasypia. Jeden mózg i drugi mózg- cicho jęczą. Na twarzach chłopców uśmiechy, gotowe do życia oczy. Padam na twarz. Mówię wtedy sobie : jestem twarda, jestem kamieniem, jestem kawałkiem skały. Niedawno nauczyłam się płakać. Łzy jak kamienie kapią. Przychodzi wtedy rzeczywistość. Jest razem ze mną. Wierna przyjaciółka. Do ucha krzyczy! płacz skało, płacz kamieniu, płacz twarda matko! To twoje życie!
Jak rozwiązać sponsora?
Sponsor, jest sponsor! Pomoże, hura, hura! Serce z radości kołacze. Uratowane! Dzieci. Chore. Na jakiś czas jest. Wszystko jest. Ale sponsor liczy. Przelicza.Widać chce jak najlepiej. Tam się targuje, tam znów przelicza. Mówi sam : chcę jak najlepiej dla dzieci. W czym mogę pomóc? Jak dobrze pomóc? Dumnie brzmią słowa. To moja dobra wola. To moja dobra wola. Ja jestem sponsor! Ja. Tak będzie najlepiej. Tak jak ja, albo nic nie dam. Ja wszystko wiem. To jak rozwiązać sponsora?
Oto pomoc
Jest chore dziecko! Hura ! Hura! Akcja publiczna, zbiórka charytatywna. Tam przeliczona, tu przeliczona. Serca się łamią. Ludzie do puszek wrzucają od serca. Wszystko uczciwie rozliczone. Znów przeliczone, czy się zgadza? Wszystko się zgadza. Ma koordynator. Ma pani z zespołu. Ma ten i inny. Chore dziecko też ma, smutne oczy psa. Oto pomoc.
50 złotych
takie skromne przyszło i siedziało cicho na koncie, takie kochane, od serca, nie targowało się, nie miało z czego, siedziało i czekało. Potem przyszło, 0,84 groszy z Tczewa, potem jeszcze 1,56 złotego z Warszawy, grosze ze złotymi grali w procenty, dochodzili kolejni dobrzy i skromni, po kilku miesiącach uzbierała się fajna sumka. Chore dziecko pojechało tu i tam, skorzystało tam i tu.
Bardzo przeżywam to, co przerasta mnie. .....Żebractwo.
Kupa, owinięta szalem śluzu. Męczy moje dzieci podle. Ignaś piszczy, płacze, jęczy , tak kilka dni. Maurycy krzyczy, wyje z bólu i strachu przed wypchnięciem brązowego cacka.Wtedy dla mnie nie ma Boga. Potem wszystko mija. Bóg w nocy przychodzi do dzieci. Przeprasza, że każe im tyle cierpieć. Słyszę , jak tłumaczy, że to po coś. Do mnie nic nie mówi. Ciągle milczy. Ignacy składa rączki i chce się modlić. Zapominamy o kupie. Modlimy się za Ignasia i Maurycego. O zdrowie i szczęście w życiu.
No..już nie słyszę
Opowiedz jak to jest? Proszą przyjaciele i znajomi przyjaciół. Ale co jak jest?-pytam.
Krąży nad nami. Ciągle straszy. Wczoraj udławiła Ignacka. Podła. Odbiera siły. Potem dławi i na koniec dusi. Przyjechała karetka. Ratowała życie. Małe umęczone i wystraszone. Tyle cierpienia w małym ciałku. Wygrało. Nie dało się udusić!





















